|
Archiwum
Zakładki:
Ważne tu na blogu
|
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Podsumowanie 2011
Rok 2011 upłynął, ostatni wpis też był dość dawno temu, więc może byłaby to dobra okazja do napisania kolejnego. Oto, jak pokrótce wyglądał 2011 r. w moim życiu. W lutym żona zdecydowała, że się wyprowadza i będziemy się rozwodzić. Wyprowadziła się. W marcu i ja się musiałem przeprowadzić z dwupokojowego mieszkania do małego pokoju w zupełnie innej dzielnicy (ale za to blisko do pracy). W lutym, marcu i kwietniu intensywnie spotykałem się z różnymi dziewczynami. Odświeżyłem stare znajomości, nabyłem nowe. Na początku maja zacząłem się spotykać z Agatą, z którą spotykamy się do teraz. W październiku się rozwiedliśmy. Teraz znów szukam mieszkania, żeby móc zamieszkać z Agatą.
środa, 19 października 2011
Jestem rozwodnikiem
No to już jestem rozwiedziony. Trwało to ze 20 minut w sądzie. Kosztowało mnie 150 PLN. Standardowe pytania:
Potem chwilka oczekiwania na korytarzu, a później orzeczenie. Że sąd zdecydował się rozwiązać małżeństwo przez rozwód. Alimenty takie, jak uzgodniliśmy z żoną. O tym, jak często mam spędzać czas z dzieckiem, w wyroku nic nie ma. Tak chcieliśmy. Majątkiem się w sądzie nie dzieliliśmy, podzieliliśmy się sami. Ot, z głowy, choć dopiero za miesiąc wyrok się uprawomocni...
sobota, 10 września 2011
Po "imieninach"
Imienin syna z prawdziwego zdarzenia nie było. Brata mojej żony z jego rodziną miało nie być, więc żona stwierdziła, że organizację imprezy sobie odpuszcza, bo miałbym być tylko ja, ona i teściowie. W sumie dobrze. Niespecjalnie miałem ochotę siedzieć tam z nimi. Ale poprosiłem, żeby jakieś ciasto jednak zorganizowała, to sobie z synkiem zjemy przy herbacie. I w sumie to był chyba pierwszy raz od kiedy się wyprowadziła, kiedy mieliśmy okazję porozmawiać dłużej, niż przez kwadrans, kiedy odbierałem albo oddawałem syna. Że się żona z kimś spotyka, to już wiedziałem. Rozmawialiśmy o tym chyba w ubiegłym tygodniu, albo sam nie wiem kiedy. Od tamtego czasu poszli już ze sobą do łóżka. Zapytałem i szczerze mi odpowiedziała. Zapytałem, jak jej było. Przecież sama powiedziała mi kiedyś, że w łóżku jej ze mną nie było dobrze. Okazało się, że z nim też nie było za specjalnie. Tak, jak przypuszczałem. Co by jednak nie mówić, mało to sympatyczne wiedzieć, że kobieta, z którą spędziłem kilka lat, która przez ten czas była mi bardzo bliska, chodzi do łóżka z kimś innym. Tak czy siak, w połowie października mamy rozprawę rozwodową. Pierwszą, mam nadzieję, że jednocześnie ostatnią...
środa, 07 września 2011
Co u mnie?
U mnie nihil novi. Agata, syn, praca, nic specjalnego. Miesiąc miodowy z Agatą się skończył. Zaczynają wychodzić rozbieżności w naszym charakterze, podejściu do niektórych spraw, itd. Seks w dalszym ciągu jest świetny. Ubiegły wtorek, gdy zrobiłem dobry użytek z kajdanek i obroży oraz jej ust i cipki będę pamiętać jeszcze długo, ona też... W ten weekend wypadają imieniny mojego syna. Żona robi imprezę w piątek, zaprosiła moich teściów i swojego brata z żoną. Ja jadę tam sam (moi rodzice odmówili współpracy, tłumacząc się ciasnotą w mieszkaniu żony), ciekawe jak to wypadnie. Potem zabieram syna i przyjeżdżam do mieszkania rodziców, gdzie zostaję do niedzieli. W sobotę albo w piątek może gdzieś pójdziemy z Agatą do klubu. Trochę mi tego brakuje.
środa, 10 sierpnia 2011
Dawno nie pisałem...
Dawno nie pisałem, bo i w sumie nie dzieje się w moim życiu za wiele. Gdy umawiałem się co parę dni na randkę z nową dziewczyną, to było o czym pisać. A teraz? Nie powiem, żeby przez ten czas nie działo się w ogóle nic wartego uwagi, ale o tym tu właśnie dziś napiszę. Przez dwa tygodnie praktycznie mieszkałem u Agaty. Jej współlokatorzy wyjechali na urlop, więc mieliśmy całe mieszkanie dla siebie. I przyznam, że bardzo mi się to podobało. Nie tylko dlatego, że gotowała obiadki i robiła mi kanapki do pracy. To oczywiście jest bardzo sympatyczne. Ale jeszcze bardziej sympatyczne było to, że byłem przez cały czas blisko niej. I to, że w dowolnym momencie mogłem się do niej dobierać, co kończyło się tak, że dobierałem się do niej po kilka razy dziennie. Wielką przyjemność sprawiało mi zasypianie koło niej i budzenie się razem z nią rano (a czasem to ona mnie, w bardzo przyjemny sposób, budziła). Seks jest coraz fajniejszy. Poczułem ją odnośnie korzystania z mięśnia Kegla, trochę poćwiczyła i nawet zaczęła tę umiejętność wykorzystywać. Muszę Wam powiedzieć, że od razu widać różnicę... Wrażenia są dla mnie znacznie bardziej przyjemne, dla niej zreszta też - jak powiedziała, czuje każdy centymetr... ;) I, co ciekawe, znacznie szybciej dzięki temu dochodzi do orgazmu, ja również. Ja wiedziałem, że tak będzie... ;) Udało nam się też parę razy szczytować prawie jednocześnie... Któregoś razu kochamy się, ja zbliżam się do orgazmu a gdy w końcu go osiągam, ona zaczyna się śmiać. Okazało się, że brakowało jej dosłownie kilku sekund, by i ona do niego dotarła... Następnym razem udało mi się poczekać na nią, aby i ona zdążyła. ;) Mile wspominam też poprzedni piątek, kiedy najpierw pojechaliśmy do jej znajomych. Jakoś nigdy nie byłem za bardzo towarzyski, ale powoli zaczynam się do tych ludzi przekonywać. Tak czy siak, najpierw pojechaliśmy tam na grilla a potem zaciągnąłem Agatę niemal siłą do klubu, znów do Opery. Potańczyliśmy trochę, choć sam już nie wiem, czy bardziej to był taniec, czy obmacywanki. Prawie dobierała się do mnie na tym parkiecie... W końcu zabrałem ją stamtąd i około 3. w nocy pojechaliśmy do niej do domu. Po drodze też nie była w stanie przestać się do mnie dobierać i skończyło się to seksem oralnym w samochodzie, co wspominam bardzo miło (choć było to mocno stresujące...). A potem w domu, korzystając z jej świetnego nastroju, spróbowaliśmy (choć bez sukcesów) też analu. Teraz na weekend zabieram syna i ją na działkę moich rodziców. Będziemy tam w piątek, przez pierwszą noc razem z moimi rodzicami (z czego bardzo zadowolony nie jestem, ale co poradzić...) a potem aż do poniedziałku posiedzimy sami...
wtorek, 26 lipca 2011
Po urlopie z Agatą i synem
Ostatni tydzień spędziliśmy z Agatą i moim synem na polu namiotowym nad morzem. Moja żona pojechała na Castle Party do Bolkowa i potrzebowała, żebym w tym czasie zajął się synem. A ponieważ i tak chciałem z nim gdzieś sam pojechać, wziąłem w pracy urlop i zaplanowałem wyjazd nad morze. Okazało się, że Agata ma jakoś w drugiej połowie lipca na tydzień pojechać też właśnie nad morze, do koleżanki, która siedzi tam 3 tygodnie z dzieckiem. Zgraliśmy jedno z drugim i Agata pojechała nieco wcześniej, ze mną. Zapakowaliśmy się we trójkę do samochodu i pojechaliśmy. My z synem spaliśmy w moim namiocie, dość ciasnym, dlatego Agata musiała wziąć swój. Myślę, że to całkiem zdrowe rozwiązanie, przynajmniej na tym etapie naszej znajomości. Agata naprawdę się wykazała. Sporo pomogła mi przy dziecku, na co nie liczyłem. Wprawdzie rzeczywiście chciałem pojechać tam razem z nią po części dlatego, by było mi łatwiej (choćby żebym miał z kim syna zostawić gdy będę potrzebował pójść do toalety), ale nie oczekiwałem, że np. będzie się z nim bawić.
wtorek, 12 lipca 2011
Karierowiczka, czy kura domowa?
O co ten cały szum w komentarzach pod tym wpisem? Co za pieprzenie, że facet chce kobietę ograniczać? On po prostu taką kobietę wybierze, która z przyjemnością w roli cenionej przez niego kury domowej się spełni. Ja też nie wyobrażam sobie, żeby moja partnerka w hierarchii ważności wyżej stawiała pracę niż mnie i resztę rodziny. Gdy tak się stanie, trzeba będzie partnerce przypomnieć, gdzie jest miejsce pracy w życiu zdrowego psychicznie człowieka. I dlatego w toku pierwszych randek eliminowałbym kobiety, które zapowiadają się na pracoholiczki. Widząc u Agaty takie symptomy zaczynam reagować alergicznie... Równie alergicznie reaguję też na oczekiwanie, że pani w związku będzie siedzieć w domu i oczekiwać sponsorowania przez partnera (plus oczywiście jego pomocy przy arcytrudnych domowych obowiązkach).
czwartek, 07 lipca 2011
Zakupy
To nieprawda, że tylko kobiety poprawiają sobie humor zakupami. Mnie też wielką frajdę sprawiło ostatnio wydanie 1/4 pensji na nowe ciuchy. ;) We czwartek, 30.06, pojechaliśmy po pracy do CH Arkadia. Złaziliśmy całe piętro dookoła, odwiedzając wszystkie sklepy, w których mogły pojawić się ubrania dla facetów. Od dobrych paru miesięcy potrzebowałem kupić sobie marynarkę do noszenia do dżinsów. Mam trzy garnitury (czarny, brązowy i jasny-kremowy ślubny), ale brakuje mi mniej oficjalnej marynarki, którą mógłbym nosić częściej, niż do tej pory. Chciałem też dokupić parę koszul w bardziej żywych kolorach (do tej pory miałem same kremowe/piaskowe, białe, ew. zielone i chyba jedną czarną). W końcu po zakupach wyszliśmy stamtąd z pięcioma nowymi koszulami (czerwoną, niebiesko-fioletową, różową, jasnoniebieską (seledynową może nawet), i białą w delikatną fioletową kratę), trzema nowymi krawatami (różowym, niebieskim i stalowym) i marynarką (też stalową). Okazja do założenia nowej koszuli pojawiła się już następnego dnia, czyli w piątek. W ubiegły weekend nie miałem u siebie dziecka, więc umówiliśmy się z Agatą, że pojedziemy do jakiegoś klubu. Namówiłem kolegę z biura i razem z jego żoną, we czwórkę, pojechaliśmy do klubu Opera. A w zasadzie to spotkaliśmy się na miejscu. Potańczyliśmy, pogadaliśmy, po 3. pojechaliśmy do Agaty do domu. Następnego dnia pojechaliśmy do niej na działkę. Miałem siedzieć i robić jedną robotę w komputerze, ale większość czasu zmarnowałem z nią na znacznie bardziej przyjemne rzeczy. Wielką frajdę sprawia mi głupie leżenie obok niej i gadanie o pierdołach, zwykłe marnowanie czasu. Ciekawe, kiedy mi się to znudzi. ;) We środę do biura przyszedłem w marynarce, niebiesko-fioletowej koszuli i różowym krawacie. Jedna z koleżanek stwierdziła, że "jestem wyjątkowo ładny". Odpaliłem, że ładny to ja jestem cały czas, a tylko co najwyżej mogę bardziej elegancko wyglądać. ;)
wtorek, 28 czerwca 2011
Długi weekend z Agatą
No więc minął kolejny długi weekend w tym roku. Jak mi minął? WtorekTak naprawdę, to jakbym miał mówić o długim weekendzie, musiałbym zacząć od... wtorku. Bo we wtorek po południu przyjechała do mnie Agata. Wieczorem raczej... Na sobotę byliśmy umówieni na weselu jednego z jej bliskich przyjaciół, poprosiłem, żeby wpadła wcześniej zebyśmy ustalili, co mam na siebie założyć. Garniturów mam trzy (czarny, mój ulubiony brązowy i ślubny, kremowy), do tego kilka koszul (głównie zielone i kremowe) i parę krawatów, złożyć z tego zestawu za bardzo nie umiem. Liczyłem się z koniecznością dokupienia jakiejś koszuli czy krawata, stąd poprosiłem ją, byśmy spotkali się wcześniej i temat omówili. Nienawidzę wesel i zawsze szybko z nich uciekam, ale zależało mi, by sprawić jej frajdę, więc oczywiście gdy tylko temat się pojawił, powiedziałem, że naturalnie z nią pójdę. Pokazałem co mam, ostatecznie wyszło na mój ulubiony zestaw - brazowy garnitur, pomarańczowa (ja mówię, że złota) koszula i czarny krawat. Gdybym miał sam wybierać, wziąłbym właśnie ten zestaw. Miło, że Agata wybrała ten sam. Potem zabraliśmy garnitur, buty do niego i parę jeszcze rzeczy i pojechaliśmy do Agaty. Bo tę noc mieliśmy spędzić u niej. Potem miałem stamtąd pojechać we środę do pracy, a po pracy pojechać po dziecko i z nim na działkę do moich rodziców. ŚrodaWe środę okazało się, że moja żona jest w Warszawie. Zaproponowałem, żebyśmy się spotkali i żeby ze mną wróciła do swojej miejscowości, zamiast jechać pociagiem. Miałem jej do przekazania dwa dokumenty - wydrukowane pismo do sądu (uzupełnienie dokumentacji do rozwodu) i "rodzicielskie porozumienie wychowawcze", o którym będzie innym razem. Więc przyjechała do mnie do biura, zapakowałem ją do samochodu i pojechaliśmy. Trochę pogadaliśmy... Zapytała, czy się z kimś spotykam. Powiedziałem, że oczywiście umawiam się na randki, ale nic konkretnego z tego nie wychodzi. Czemu ją okłamałem? Bo nie bardzo mam ochotę zaszkodzić sobie przy okazji rozwodu. Zapytała, czemu mi na tym tak zależy, by z kimś się spotykać. Odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że chodzi o to, by pójść z kimś do łóżka, bo mi tego brakuje. Prawdą nie było to, że mi brakuje, ale że to ważny powód. Nie jedyny, rzecz jasna, ale cholernie ważny. Jeden z najważniejszych. Powiedziałem, że udało mi się poderwać w klubie kilka dziewczyn, z którymi się później spotkałem. Powiedziałem, że z jedną z nich poszedłem do łóżka. Chyba odrobinę przesadzilem ze szczerością. W każdym razie wspomniała, że ona nie bardzo umie podrywać facetów w tego typu miejscach. Odpowiedziałem, że tego się można nauczyć (jestem przecież tego najlepszym przykładem). Tak czy siak, sympatycznie spędziliśmy nieco ponad godzinę w samochodzie. Porozmawialiśmy o tym, że niektóre dziewczyny boją się tego, że wrócę do niej. I oboje pośmialiśmy się z tego, bo przecież jakbym chciał, to bym wrócił, bez względu na rozwód czy jego brak. Zapytała, czy chcę. Odpowiedziałem, że już nie. Zgodnie z prawdą. Tak czy siak, we środę zabrałem dziecko i pojechałem z nim 80 km do moich rodziców na dzialkę. Ze dwie godziny po moim przyjeździe przyjechała mama, ja już syna zdążyłem nakarmić, napoić mlekiem z butelki, zapakować do łóżka i uśpić. CzwartekWe czwartek nie działo się nic szczególnego. Siedzieliśmy we trójkę na działce. Pojechaliśmy na rowery aby dać synowi znowu szansę karmienia jakiegoś konia na pastwisku, pojeździliśmy trochę po okolicy i wróciliśmy. PiątekW piątek jechałem z powrotem do pracy. Z działki od rodziców do biura mam ok. 60 km. Wstałem więc o 5:20, zapakowałem się i o 5:30 pojechałem. O 6:20 byłem w robocie, gdzie siedziałem przepisowo do 15. Potem zgarnąłem ojca i pojechaliśmy na działkę we dwóch. Po przyjeździe już na nic nie miałem siły, więc próbowałem się trochę zdrzemnąć. Nic z tego nie wyszło. Wieczorem napisałem, że żałuję, że nie ma jej przy mnie, bo mam ochotę się z nią kochać. Odpisała, że też ma na to ochotę, ale skoro wspomniałem, to ma jeszcze większą. I że mam jutro przyjechać wcześniej... SobotaW sobotę ok. 13 zapakowałem się w samochód. Na ślub mieliśmy jechać na 16, uznałem, że jak przyjadę do Agaty na 14, to będę miał czas by uprasować sobie koszulę, wypastować buty i jeszcze na przyjemności starczy czasu. Byłem kwadrans po 14., bo trochę nadrobiłem bez sensu drogi... Akurat prasowała mi koszulę, a ja akurat miałem ochotę na trochę czułości, więc zacząłem się do niej dobierać. Skończyło się tak, że zaczęliśmy się kochać gdy ona pracowicie prasowała moją koszulę. Słabo jej to szło, pewnie nie była w stanie się skupić... Gdy w końcu przestała, poszliśmy do pokoju, gdzie skończyliśmy zaczęty wątek. A potem poleżeliśmy trochę razem i zebraliśmy się na ślub. Przed wyjściem przedstawiłem Agacie moje zasady chodzenia na śluby i wesela, o których powinienem był wspomnieć wcześniej:
Ślub nudny. Kościelny. Jestem niewierzący i tego typu imprezy mnie drażnią strasznie. Zazwyczaj w kościele siadam na końcu i udaję, że mnie nie ma. Cholernie (ale naprawdę cholernie) jest mi nieprzyjemnie siedzieć w środku sali i nie uczestniczyć w nabożeństwie. Wprawdzie wstaję razem ze wszystkimi, ale klękać nie klękam i na pewno wygląda to odrobinę dziwnie. Dlatego jeśli tylko mogę, unikam tego typu sytuacji, tu nie miałem wyboru. Z pomysłu by usiąść na końcu kościoła nic nie wysżło, musieliśmy siedzieć razem z jej znajomymi. Próbowałem sobie poprawić humor słuchając pieprzenia księdza. Trochę mi się poprawił, pośmiałem się, że moje małżeństwo się rozpadło, bo brakowało w nim boga (czy Boga). Ale drań miał co do jednego rację - rozpadło się, bo brakowało w nim miłości... Potem pojechaliśmy podstawionym autokarem na wesele. Jechaliśmy i jechaliśmy i jechaliśmy, na sam koniec Warszawy. Dotarliśmy na miejsce, usiedliśmy w otoczeniu jej przyjaciół (świetnie się tam czułem, co drugi facet ogolony na łyso). No i się zaczęło. Czy pisałem Wam już, że nienawidzę wesel? Nie? No to napiszę. Myślałem, że tam zejdę z nudów. Ile można siedzieć przy stole i chlać wódę? Ja mam słabą głowę, więc dość szybko (ale i tak wolno, jak na moje standardy) się złoiłem i musiałem zwolnić tempo. Nawet trochę próbowałem potańczyć. Od jakiegoś czasu (tj. od czasu laski, która mi to powiedziała) uważałem, że świetnie tańczę. Ale nie przy weselnych piosenkach. Zmusiłem się, żeby trochę z Agatą zatańczyć, ale w sumie nie było potrzeby, bo świetnie się bawiła ze swoimi kumplami. Teraz dygresja. Muszę Wam wspomnieć o cholernie ważnej rozmowie, którą ostatnio odbyliśmy. Nie potrafę jej precyzyjnie umieścić w czasie, tym bardziej, że prowadziliśmy ją w kilku częściach. Agata wspomniała, że poprzednio spotykała się przez parę miesięcy z facetem, który w tym czasie miał dziewczynę (czy narzeczoną? nie pamiętam). Że w końcu znudziło jej się bycie tą drugą i kazała mu się określić a on sobie ją odpuścił. Jakoś skojarzyłem, że to przecież miał być jeden z jej znajomych i zapytałem, czy to jeden z tych, z którymi się bawimy na weselu. Okazało się, że i owszem. Że to gość, który był tam ze swoją żoną w ciąży. Zresztą jej kumpel. Rozbawiło mnie trochę, gdy w pewnym momencie wspomniał, że oni się we troje (on, jego penis i Agata) bujają już parę lat. Potem sprostował, że oczywiście żartował, ale ja tam przecież swoje wiem. ;) W niedzielę też coś palnął, że go interesuje nasze życie erotyczne, a potem szybko wyjaśnił, że to oczywiście też żart. Dlaczego to było tak cholernie ważne? To oczywiste, że taka informacja nie jest dla kogoś na moim miejscu przyjemna. Nie jest fajnie wiedzieć, że dziewczyna, z którą się widuję, spotykała się kiedyś z kimś, kto w dalszym ciągu jest w jej kręgu bliskich przyjaciół. I że, co więcej, to ona została przez niego rzucona. Trochę nie mogłem o tym przestać myśleć. Z wesela wrócilśmy ok. 3. i pojechaliśmy do niej, gdzie przenocowałem. Wieczorem oczywiście do niczego nie doszło, bo nie miałem na to ani grama energii. Zresztą byłem pijany i nawet jakbym miał energię czy ochotę, to nic by z tego nie wyszło. ;) NiedzielaW niedzielę obudziliśmy się ok. 9. i dobre 2,5 godziny przeleżeliśmy razem w łóżku. Sporo gadaliśmy, przytulaliśmy się i tak dalej. I kochaliśmy się, do czego zabieraliśmy się kilka razy. Nie byłem w stanie skoncentrować się na tym, co robiliśmy. Czemu? Przecież to kurwa cholernie proste. Bo myślałem o tym, o czym wspomniałem nieco wcześniej. Temat okazał się dopiero w niedzielę cholernie ważny. Bo wtedy właśnie uświadomiłem sobie, że mi zaczyna na tej dziewczynie zależeć. Że dosżło do tego, czego z całej siły starałem się uniknąć. Bo do tej pory jakoś niespecjalnie dobrze kończyło się, gdy angażowałem się świeżo po poprzednim związku. Teraz minęło dobrych parę miesięcy, choć wtedy też to mniej więcej tak wyglądało. Po tygodniu czy dwóch zaczynałem się spotkać z kimś nowym i dość szybko się angażowałem. I po paru latach dość nieprzyjemnie się to kończyło... Tak czy siak, powiedziałem jej o tym, kiedy tak sobie leżeliśmy w niedzielę. Powiedziałem, że mi na niej zależy. Co teraz z tematem tej historii z przeszłości zrobię, to sam nie wiem. Na razie mnie temat drażni. MOCNO mnie drażni. Co będzie dalej, zobaczymy. W każdym razie w niedzielę koło południa pojechałem od Agaty znów do rodziców, posiedziałem tam chwilę, zapakowałem syna do samochodu i odwiozłem go żonie. A potem wróciłem do Warszawy, gdzie znowu spotkałem się z Agatą. Akurat siedziała na poprawinach u znajomych w domu. Miałem ją tylko stamtąd odebrać, stanęło na tym, że na chwilę tam utknąłem. Niespecjalnie miałem ochotę tam siedzieć, między innymi z racji tego, że był tam też ten gość (czy wspominałem, że wracając z wesela w sobotę sporo się dopytywał o mnie - dla mnie wygląda to na to, że gość chce sprawdzić, ile ja wiem i na ile może liczyć na to, że będę dyskretny, hehe). W każdym razie dość szybko (choć jak dla mnie za wolno) się stamtąd zmyliśmy i pojechaliśmy do mnie. Ja się spakowałem (następnego dnia miałem jechać w delegację). Znowu się kochaliśmy, znowu bez jakichś wyjątkowych efektów, znowu z tego samego powodu. To wkurwiające dla mnie, że tak niewiele mi potrzeba, by mi zjebać nastrój nawet w czasie seksu. ;) PoniedziałekW poniedziałek rano wstaliśmy, zawiozłem Agatę do domu i sam pojechałem do pracy. Ona też miała iść do pracy, ale w końcu tam nie dotarła. Położyła się spać po powrocie do domu i wstała po 10. W sobotę na weselu zażartowałem, że powinna mnie odwieźć na lotnisko, a potem się okazało, że na poniedziałek rzeczywiście wzięła urlop. Więc ostatecznie przyjechała po nas do biura ok. 13 i pojechaliśmy na lotnisko. Bardzo mi się przyjemnie zrobiło, że poświęciła na to swój wolny czas. Z głupia frant rzuciłem, żeby może mnie również odebrała we środę, gdy wrocę w południe. Najpierw powiedziała, że chyba przesadzam, w końcu stanęło na tym, że jak będzie miała wolną chwilę w pracy i będzie mogła się wyrwać, to jak najbardziej to zrobi. W delegację polecieliśmy z kolegą na zachód Europy. Poszliśmy na piwo do jakiegoś pubu, po drodze z powrotem do hotelu znaleźliśmy jakiś klub, nawet przez moment był pomysł, żebyśmy do niego wpadli, ale ostatecznie stwierdziłem, że to głupi pomysł. Chciałem zabrać Agatę (i kolegę) w piątek na imprezę do jakiegoś klubu w Warszawie (aby zatrzeć niezbyt dobre wrażenie po weselu i udowodnić, że naprawdę nieźle tańczę). I wolę nie wydać 12€ na wejście do klubu tutaj, by później za te same 12€ bawić się przez dobre parę godzin. ;)
wtorek, 21 czerwca 2011
U mnie bez zmian...
U mnie bez zmian. Praca, dom (wynajęty pokój), praca, druga popołudniowa praca, dom, praca, weekend u rodziców. Ostatni weekend siedzieliśmy z rodzicami na działce. Wolę siedzieć w domku letniskowym w lesie, niż w bloku, nawet jeśli miałoby padać. Synowi też się podobało. Ostatnio wychodziło na to, że mniej więcej trzy razy w tygodniu widzieliśmy się z Agatą na kolację ze śniadaniem. Albo ona przyjeżdżała do mnie, albo ja przyjeżdżałem do niej. Spędzamy czas na gadaniu, czasem jakiś film się włączy, czasem coś zjemy, kąpiemy się razem, kochamy się i idziemy spać. Następnego dnia rano każde jedzie w swoją drogę - czyli ja do pracy a ona do siebie (albo ja do pracy i ona do pracy, nieco później). Bardzo mi taki tryb spotykania się odpowiada. Mam dość czasu dla siebie, żeby porobić to, co dla mnie ważne (np. poobijać się w internecie). Jednocześnie dość często się z nią spotykam. Chciałbym częściej, ale nie da się jednego z drugim pogodzić - dopiero gdy zamieszkamy razem będzie to możliwe. A na razie taki temat pojawia się bardzo, bardzo nieśmiało. W końcu spotykamy się od bardzo niedawna. Ostatnio wspomniała, że zakocha się we mnie dopiero, gdy mi zaufa. Była to odpowiedź na jakieś moje pytanie. Powiedziała, że jeszcze nie do końca mi ufa. Że nie do końca mówię jej prawdę. Zdziwił mnie ten zarzut, bo uważałem, że jestem względem niej szczery. Przypomniała sytuację, że zacząłem z nią korespondować w czasie, gdy spotykałem się na randkach z inną dziewczyną (chodzi o Martę). Wyjaśniłem, że spotykanie się z nią nie było za bardzo zobowiązujące, ale i perspektywy tych zobowiązań czy zaangażowania z jej strony nie było widać. Nie wiem, czy ją to przekonało. Z innego frontu, zaczęła łykać tabletki, co mnie bardzo cieszy. :D Teraz w ten weekend mieliśmy znowu z rodzicami jechać na działkę, ale nic z tego chyba nie wyjdzie, bo się wystraszyli pogody. W sumie to nawet nieźle, bo w piątek nie wziąłem urlopu a w sobotę idę z Agatą na jakieś wesele. Więc miałbym sporo jeżdżenia w tę i z powrotem. Jeszcze z innej beczki, to powoli zaczynam planować wakacje. Żona oświadczyła mi, że chciałaby pojechać 21-24.07 pojechać do Bolkowa na Castle Party i że fajnie byłoby, gdybym wziął w tym czasie syna. Staneło na tym, że wezmę go 16.07 i oddam 26.07. I pojedziemy nad morze. Zupełnym zbiegiem okoliczności znajdziemy się na tym samym polu namiotowym, na którym... ...w tym samym czasie będzie Agata z koleżanką. Jej koleżanka z dzieckiem jedzie tam na 3 tygodnie, a Agata miała do niej wpaść. Wprawdzie tydzień później, ale wychodzi na to, że uda się to przesunąć i pogodzić jedno z drugim. Mnie to bardzo cieszy, bo po pierwsze, będzie miał mi kto pomóc przy dziecku. Już nawet nie chodzi o zajmowanie się nim, ale takie prozaiczne przypilnowanie go, gdy będę chciał pójść do toalety czy wziąć prysznic. Po drugie dlatego, że będę mógł spędzić z Agatą sporo czasu. O ile do tego momentu (bo to przecież dopiero za miesiąc) będziemy się wciąż spotykać, choć na razie nic nie wskazuje na to, by miało być inaczej. |