Daria chlubi się tym, że umie dobrze gotować. Nie ucieszyłem jej jednak mówiąc, że nie ma to dla mnie kompletnie żadnego znaczenia.
Czy rzeczywiście droga do serca mężczyzny wiedzie przez żołądek? Moim zdaniem - już nie.
Kiedyś może i tak było w rzeczywistości. W czasach, gdy w sklepach nie było niczego, zrobienie z tego niczego czegoś fajnego i smacznego, samo w sobie było niezłym wyzwaniem. U mnie w domu do dziś jada się kilka takich kryzysowych potraw, np. placki ziemniaczane czy sos pomidorowo-cebulowy do makaronu.
Mnie tam dobrze gotująca partnerka do szczęścia potrzebna nie jest. Sam gotuję całkiem nieźle, o ile tylko mi się faktycznie zachce, co zdarza się rzadko. Moja żona nie do końca podzielała zdanie o mojej kulinarnej finezji, ale ona rzadko kiedy w ogóle jadała cokolwiek innego niż to, co nauczyła się jeść w domu. Przekonanie ją do spróbowanie czegokolwiek, czego nigdy nie jadła, graniczyło z cudem i najczęściej się nie udawało. A więc i rzeczy, które ja robiłem, niespecjalnie jej smakowały.
Mnie jednak smakują i to w sumie jest najważniejsze.
Nie jestem człowiekiem, który wyszukane i smaczne jedzenie ma gdzieś wysoko w hierarchii potrzeb. Sushi mi smakuje, ale nie oznacza to, że miałbym je chęć jeść regularnie. Najbardziej zaś lubię rzeczy proste, jak jajko na miękko na śniadanie do dobrych kanapek.
Do mojego serca droga nie wiedzie przez żołądek, choć z pewnością zaimponuje mi dziewczyna, która sama z siebie nauczy się robić coś, co ja jadać lubię. Największe wrażenie na mnie wywarłoby na mnie, gdyby nauczyła się to gotować bez mojej wiedzy i udziału. To będzie świadczyło, że jej zależy, nawet jeśli ta potrawa nijak jej nie wyjdzie.
Co więc prowadzi do mojego serca? Trudno mi ocenić, choć zgadzam się z cytatem przypisywanym Johnowi Grayowi, temu od "Mężczyźni są z Marsa, Kobiety są z Wenus", który brzmi tak:
Serce mężczyzny otwiera sie poprzez seks, podczas gdy miłość pozwala kobiecie pragnąć seksu.