Moje życie po rozwodzie (a w zasadzie przed rozwodem, bo papiery rozwodowe chyba jeszcze nie zostały przez żonę wysłane) to nie tylko kobiety, randki i imprezy. Wręcz przeciwnie. Moje życie to przede wszystkim praca i sen, a także sporo komputera. Wyjątkiem jest weekend, chciałem Wam napisać, jak on mniej więcej wygląda.
Dziś akurat nie jest najbardziej typowy weekend, bo jestem na zwolnieniu i na żadną imprezę nie poszedłem. No ale opiszę Wam, jak taki typowy weekend wygląda.
Mój typowy weekend zaczyna się w piątek. Jak każdy, prawda? Zaczyna się po południu, gdy spotykam się z żoną i odbieram od niej dziecko. Raz przywiozła mi syna do pracy, w tym tygodniu ja po niego pojechałem. Potem zabieram syna do moich rodziców. I tu zostajemy do niedzieli.
Typowy weekend składa się z jednej lub dwóch imprez. Gdy dziecko uśnie (a czasem nieco wcześniej), znikam i jadę na jakąś dyskotekę. Wracam w środku nocy. Dzięki temu, że spędzam weekend u rodziców, mam taką możliwość. Inaczej nie miałby kto zająć się dzieckiem gdy się obudzi w środku nocy. Ale także gdy obudzi się rano o 7. i ma ochotę na śniadanie i zabawy - ja po dwóch godzinach snu nie mam na to za bardzo siły...
W sobotę i niedzielę bawi się ze mną i z dziadkami. Idziemy na plac zabaw (dat dabab - tak mówi na plac zabaw ;) ), czasem odwiedzamy moich dziadków albo moją drugą babcię. Staramy się nie oglądać telewizji, staram się też nie siedzieć za długo przy komputerze i reagować na wszystkie tata oć... Głównie budujemy coś z klocków duplo (moi rodzice mądrze zrobili nie wyrzucając tych, którymi lata temu bawiłem się ja, a nieco później też mój brat), bawimy się piłką, balonem albo samochodami (puszczając do siebie przez pokój, jak dziś), czasem plumkamy na cymbałkach, albo rysujemy kredkami (ale to raczej z dziadkiem, bo ja rysować nie bardzo umiem).
W niedzielę po obiedzie pakuję syna do samochodu i odwozimy dziecko mojej żonie. A potem wracam do domu. Do domu, tj. albo do mieszkania rodziców (jak dziś, mam zwolnienie do jutra włącznie) albo od razu do mojego kawalerskiego "mieszkania studenckiego".
I tak weekend mija mi bardzo, bardzo szybko i bardzo intensywnie.
Od czasu wyprowadzki żony tylko jeden weekend spędziłem bez dziecka i było to niespecjalnie przyjemne doświadczenie...