U mnie nihil novi. Agata, syn, praca, nic specjalnego.
Miesiąc miodowy z Agatą się skończył. Zaczynają wychodzić rozbieżności w naszym charakterze, podejściu do niektórych spraw, itd.
Seks w dalszym ciągu jest świetny. Ubiegły wtorek, gdy zrobiłem dobry użytek z kajdanek i obroży oraz jej ust i cipki będę pamiętać jeszcze długo, ona też...
W ten weekend wypadają imieniny mojego syna. Żona robi imprezę w piątek, zaprosiła moich teściów i swojego brata z żoną. Ja jadę tam sam (moi rodzice odmówili współpracy, tłumacząc się ciasnotą w mieszkaniu żony), ciekawe jak to wypadnie. Potem zabieram syna i przyjeżdżam do mieszkania rodziców, gdzie zostaję do niedzieli.
W sobotę albo w piątek może gdzieś pójdziemy z Agatą do klubu. Trochę mi tego brakuje.
U mnie bez zmian. Praca, dom (wynajęty pokój), praca, druga popołudniowa praca, dom, praca, weekend u rodziców.
Ostatni weekend siedzieliśmy z rodzicami na działce. Wolę siedzieć w domku letniskowym w lesie, niż w bloku, nawet jeśli miałoby padać. Synowi też się podobało.
Ostatnio wychodziło na to, że mniej więcej trzy razy w tygodniu widzieliśmy się z Agatą na kolację ze śniadaniem. Albo ona przyjeżdżała do mnie, albo ja przyjeżdżałem do niej. Spędzamy czas na gadaniu, czasem jakiś film się włączy, czasem coś zjemy, kąpiemy się razem, kochamy się i idziemy spać. Następnego dnia rano każde jedzie w swoją drogę - czyli ja do pracy a ona do siebie (albo ja do pracy i ona do pracy, nieco później).
Bardzo mi taki tryb spotykania się odpowiada. Mam dość czasu dla siebie, żeby porobić to, co dla mnie ważne (np. poobijać się w internecie). Jednocześnie dość często się z nią spotykam. Chciałbym częściej, ale nie da się jednego z drugim pogodzić - dopiero gdy zamieszkamy razem będzie to możliwe. A na razie taki temat pojawia się bardzo, bardzo nieśmiało. W końcu spotykamy się od bardzo niedawna.
Ostatnio wspomniała, że zakocha się we mnie dopiero, gdy mi zaufa. Była to odpowiedź na jakieś moje pytanie. Powiedziała, że jeszcze nie do końca mi ufa. Że nie do końca mówię jej prawdę. Zdziwił mnie ten zarzut, bo uważałem, że jestem względem niej szczery.
Przypomniała sytuację, że zacząłem z nią korespondować w czasie, gdy spotykałem się na randkach z inną dziewczyną (chodzi o Martę). Wyjaśniłem, że spotykanie się z nią nie było za bardzo zobowiązujące, ale i perspektywy tych zobowiązań czy zaangażowania z jej strony nie było widać.
Nie wiem, czy ją to przekonało.
Z innego frontu, zaczęła łykać tabletki, co mnie bardzo cieszy. :D
Teraz w ten weekend mieliśmy znowu z rodzicami jechać na działkę, ale nic z tego chyba nie wyjdzie, bo się wystraszyli pogody. W sumie to nawet nieźle, bo w piątek nie wziąłem urlopu a w sobotę idę z Agatą na jakieś wesele. Więc miałbym sporo jeżdżenia w tę i z powrotem.
Jeszcze z innej beczki, to powoli zaczynam planować wakacje. Żona oświadczyła mi, że chciałaby pojechać 21-24.07 pojechać do Bolkowa na Castle Party i że fajnie byłoby, gdybym wziął w tym czasie syna.
Staneło na tym, że wezmę go 16.07 i oddam 26.07. I pojedziemy nad morze. Zupełnym zbiegiem okoliczności znajdziemy się na tym samym polu namiotowym, na którym...
...w tym samym czasie będzie Agata z koleżanką. Jej koleżanka z dzieckiem jedzie tam na 3 tygodnie, a Agata miała do niej wpaść. Wprawdzie tydzień później, ale wychodzi na to, że uda się to przesunąć i pogodzić jedno z drugim.
Mnie to bardzo cieszy, bo po pierwsze, będzie miał mi kto pomóc przy dziecku. Już nawet nie chodzi o zajmowanie się nim, ale takie prozaiczne przypilnowanie go, gdy będę chciał pójść do toalety czy wziąć prysznic. Po drugie dlatego, że będę mógł spędzić z Agatą sporo czasu. O ile do tego momentu (bo to przecież dopiero za miesiąc) będziemy się wciąż spotykać, choć na razie nic nie wskazuje na to, by miało być inaczej.
Jakoś w połowie tygodnia Agata zaproponowała, żebyśmy spotkali się w sobotę. Soboty i niedziele (poza wieczorami) zarezerwowane są na czas z synem, o czym Agata doskonale wie. Dlatego zaproponowała, żebym zabrał syna i żebyśmy we trójkę pojechali do ZOO.
Pomysł podobał mi się z trzech powodów.
Po pierwsze dlatego, że dawno nie byłem w zoo. W warszawskim ogrodzie zoologicznym byłem bodaj raz w życiu, jakoś w podstawówce. Po drugie, bo była to okazja by zobaczyć po raz drugi, jak Agata nawiązuje kontakt z moim dzieckiem. Po trzecie, bo był to jej autorski pomysł. Sam fakt, że to ona właśnie to zaproponowała...
Łaziliśmy po zoo przez dobre 4 godziny. Syn sporo sam chodził, trochę go trzeba było nosić, głównie na barana. Ja obwieszony torbą z zapasowymi ubraniami (czy wspominałem, że odzwyczajamy go od chodzenia w pieluchach, co całkiem nieźle nam wychodzi?), nie miałem już zdrowia nosić go na rękach.
Synek był dość marudny. Przy każdym zwierzęciu chciał zostać dłużej, nie chciał iść do kolejnego. Przy kolejnym oczywiście znowu chciał zostać dłużej i tak dalej. I niemal przy każdej takiej okazji zaczynał się płacz.
Z zoo wróciliśmy ok. 15:30, dawno po porze drzemki mojego syna. Normalnie śpi od ok. 12-13, przez 2-3 godziny, czyli o 15:30 to mniej więcej powinien wstawać. Dlatego też nie zobaczyliśmy wszystkiego, co było do zobaczenia - bo nie miał już siły (ani ja, zresztą). W samochodzie, co oczywiste, natychmiast padł i zasnął. Co równie oczywiste, pod domem się obudził a po przyniesieniu go do mieszkania na górę, już zasnąć z powrotem nie chciał.
A teraz śpi, uśpiony dobrą godzinę temu po lekturze kilkunastu stron "Trzech muszkieterów". Książka z bajkami mi gdzieś zginęła w pokoju a już nie chciałem robić zamieszania i go szukać...
Póki co staram się syna nie przyzwyczajać jak na razie do Agaty, bo przecież nie wiadomo, na ile będziemy się ze sobą spotykać za czas jakiś. No ale z drugiej strony muszę zobaczyć, jak sobie ułoży z nim stosunki. Na razie więc staram się to zaczynać powoli i ostrożnie. Na razie z rezultatu jestem zadowolony...
Nie mogłem się doczekać, kiedy mój syn wreszcie zapyta mnie "tatusiu, dlaczego?".
Zawsze chciałem być nauczycielem i czuję, że byłbym w tym dobry. Ostatecznym testem, czy rzeczywiście, będzie właśnie odpowiadanie na takie pytania mojego syna.
Wziął mnie kompletnie z zaskoczenia.
Posadziłem go w piątek do samochodu, gdy zabierałem go od mamy. Oczywiście marudził, płakał, jak zawsze, nie chciał ze mną iść. Posadziłem go, na desce rozdzielczej w samochodzie położyłem robota R2D2 z zestawu w McDonald'sie i kluczyki. Poprosił, żebym mu to dał, wskazując palcem. Sądziłem, że chodzi o robota, ale chodziło o kluczyki.
- Nie dam ci, synku, bo to są moje kluczyki - odpowiedziałem. - Dlaczego? - zapytał. - Dlaczego to są moje kluczyki? - Tak - odpowiedział, całkiem mnie zaskakując. Niewiele myśląc odparłem - Bo samochodzik jest mój, to i kluczyki są moje.
Dalej nie pytał.
Potem jeszcze kilka razy zdarzało mu się pytać.
Weekend spędziliśmy u rodziców moich na działce. Pogoda pod psem, rzeczywiście było obiecane 30 stopni (a nawet więcej, bo 15 w sobotę i 20 w niedzielę), ale sporo padało. Więc tylko w niedzielę pojechaliśmy na trochę na rower. Syn domagał się, abyśmy pojechali zobaczyć konie i krowy, więc pojeździliśmy po okolicy aż trafiliśmy na konia na pastwisku. Razem z moją mamą syn zrywał mu trawę i karmił go, a także ze dwa razy pogłaskał. Był przeszczęśliwy, ja też.
Od środy, kiedy ostatnio pisałem, trochę sprawy posunęły się do przodu.
Spotkaliśmy się we czwartek po robocie. Pojechałem po nią do pracy, stamtąd pojechaliśmy do niej pod blok, gdzie zostawiłem samochód. I jej samochodem pojechaliśmy do centrum handlowego, bo potrzebowała zrobić zakupy do domu.
Więc przydałem się do wnoszenia ciężkich toreb na IV piętro. ;)
Moje życie po rozwodzie (a w zasadzie przed rozwodem, bo papiery rozwodowe chyba jeszcze nie zostały przez żonę wysłane) to nie tylko kobiety, randki i imprezy. Wręcz przeciwnie. Moje życie to przede wszystkim praca i sen, a także sporo komputera. Wyjątkiem jest weekend, chciałem Wam napisać, jak on mniej więcej wygląda.
Dziś akurat nie jest najbardziej typowy weekend, bo jestem na zwolnieniu i na żadną imprezę nie poszedłem. No ale opiszę Wam, jak taki typowy weekend wygląda.
Mój typowy weekend zaczyna się w piątek. Jak każdy, prawda? Zaczyna się po południu, gdy spotykam się z żoną i odbieram od niej dziecko. Raz przywiozła mi syna do pracy, w tym tygodniu ja po niego pojechałem. Potem zabieram syna do moich rodziców. I tu zostajemy do niedzieli.
Typowy weekend składa się z jednej lub dwóch imprez. Gdy dziecko uśnie (a czasem nieco wcześniej), znikam i jadę na jakąś dyskotekę. Wracam w środku nocy. Dzięki temu, że spędzam weekend u rodziców, mam taką możliwość. Inaczej nie miałby kto zająć się dzieckiem gdy się obudzi w środku nocy. Ale także gdy obudzi się rano o 7. i ma ochotę na śniadanie i zabawy - ja po dwóch godzinach snu nie mam na to za bardzo siły...
W sobotę i niedzielę bawi się ze mną i z dziadkami. Idziemy na plac zabaw (dat dabab - tak mówi na plac zabaw ;) ), czasem odwiedzamy moich dziadków albo moją drugą babcię. Staramy się nie oglądać telewizji, staram się też nie siedzieć za długo przy komputerze i reagować na wszystkie tata oć... Głównie budujemy coś z klocków duplo (moi rodzice mądrze zrobili nie wyrzucając tych, którymi lata temu bawiłem się ja, a nieco później też mój brat), bawimy się piłką, balonem albo samochodami (puszczając do siebie przez pokój, jak dziś), czasem plumkamy na cymbałkach, albo rysujemy kredkami (ale to raczej z dziadkiem, bo ja rysować nie bardzo umiem).
W niedzielę po obiedzie pakuję syna do samochodu i odwozimy dziecko mojej żonie. A potem wracam do domu. Do domu, tj. albo do mieszkania rodziców (jak dziś, mam zwolnienie do jutra włącznie) albo od razu do mojego kawalerskiego "mieszkania studenckiego".
I tak weekend mija mi bardzo, bardzo szybko i bardzo intensywnie.
Od czasu wyprowadzki żony tylko jeden weekend spędziłem bez dziecka i było to niespecjalnie przyjemne doświadczenie...