Śmieszna historia mi się przydarzyła ostatnio, w tym tygodniu, w poniedziałek. Po pracy pojechałem na Ursynów, gdzie spotkałem się z Darią. Razem z nią i jej koleżanką (bodaj Asia, nie pomnę) poszliśmy na sushi, miał do nas później dołączyć jeszcze narzeczony tej koleżanki.
No i tak sobie siedzimy, rozmawiamy, w końcu już sam nie pamiętam czy to się od ekonomii zaczęło czy od czegoś innego, w każdym razie stanęło na sformułowaniu, że w życiu nie ma nic za darmo.
Obie dziewczyny wierzące i praktykujące, w dodatku naiwne, zaraz zaczęły mnie przekonywać, że w życiu za darmo jest miłość. Mnie to lekko zdziwiło, bo spodziewałem się, że dojrzali i rozsądni ludzie już dawno uświadomili sobie, że nie ma na świecie czegoś takiego, jak miłość bezwarunkowa. No, pomijając miłość rodzica do dziecka i ewentualnie odwrotnie.
Dziewczyny oczywiście zaraz zaczęły próbować mi udowadniać, że miłość jest jednak za darmo. Że jak się kogoś kocha, to przecież nie za coś (bzdura!), tylko dla samego kochania.
Potem dyskusja zeszła na fizyczny pociąg w związku. Tłumaczę dziewczynom, że takie podejście jak oczekiwanie, że mężczyzna będzie je kochać bezwarunkowo, jest głupie. I że idąc dalej tym tropem babeczki po ślubie często przestają o siebie dbać i się zapuszczają. W końcu już faceta złapały, osaczyły, zapisały jako swoją własność i teraz on ma obowiązek je ubóstwiać, bez względu na wszystko.
Próbowałem im wyjaśnić, że to tak nie działa. Że mężczyźni czują pociąg do kobiety wtedy, gdy ona się im podoba. Fizycznie. Gdy podoba im się jej ciało albo jej zachowanie. Ale nie wtedy, gdy podobają im się jej poglądy na świat czy gdy umie dobrze gotować albo sprzątać.
Tu oczywiście dziewczyny się oburzyły, że to jest bezczelne, oczekiwać że babka się nie zmieni po ślubie, bo przecież się starzeje albo może zachorować. I że co to w ogóle ma oznaczać, że się co 10 lat zmienia żonę na młodszą? Naturalnie tak się zacietrzewiły w obronie rozsądnego punktu widzenia, z którym wcale nie zamierzałem walczyć, że nie miałem szans im wyjaśnić, że chodzi o to, by kobieta się nie zapuściła w sposób ponadprzeciętny, tj. by nie przestała o siebie dbać po ślubie.
Potem usłyszałem coś, że to jest niedojrzałe, tak kochać kogoś za to, że jest atrakcyjny, czy za cokolwiek innego.
A potem przyjechał w końcu ten facet, narzeczony koleżanki Darii. Jego narzeczona zapytała go, czy jego zdaniem w życiu jest coś za darmo. On kompletnie nie wiedział o co chodzi, bo go nie wtajemniczaliśmy w przebieg naszej rozmowy (chodziło o to, by zobaczyć, co on na ten temat sądzi). Coś zaczął mówić o tym, że bezinteresowna jest przyjaźń, pomoc drugiemu człowiekowi. Ale najbardziej podobała mi się w czasie tej jego wypowiedzi mina jego przyszłej żony. Patrzyła na niego z takim wyrazem twarzy, jakby w myślach błagała go o to, by w końcu zgadł, co ona miała na myśli. By potwierdził jej punkt widzenia, by go poparł. Jej mina mówiła, że bardzo potrzebuje tego wsparcia.
W końcu podpowiadając mu doczekała się informacji, że można kogoś bezinteresownie kochać. Że można coś dla niego zrobić bezinteresownie, tylko po to, by sprawić mu przyjemność.
Czy to jest definicja bezinteresowności? Moim zdaniem - nie. Sprawianie innym przyjemności nam też sprawia przyjemność. I już samo z siebie oznacza, że nie robimy tego bezinteresownie.
Przyjaźń też nie jest bezinteresowna. Dla mnie kluczem do przyjaźni jest możliwość polegania na sobie nawzajem w każdej, nawet najbardziej beznadziejnej czy nietypowej sytuacji. I dlatego mam niewielu przyjaciół, dla których jestem w stanie na takie poświęcenie, jak udzielenie pomocy o dowolnej porze dnia i nocy.
A teraz podsumowanie:
- bezwarunkowa miłość między dwojgiem dorosłych ludzi tworzących związek nie istnieje,
- oczekiwanie dozgonnej miłości ze strony partnera jest głupie,
- bez pracy nad związkiem, nie ma on szans przetrwania.
Tyle z mojej strony. Dziękuję za uwagę. Komentarze popierające można umieszczać pod spodem. Innych nie. ;)